Paweł był dobry. Pomagał, kiedy mógł. Ale pracował przy remontach, często jeździł po zleceniach, wracał późno i prawdziwy ciężar i tak spadał na jedne ręce.
Na moje.
Zostawiłam pracę w małej pracowni haftu w Rzeszowie. Kiedyś marzyłam, że otworzę własną izbę rękodzieła: obrusy, serwety, koszule, stare podkarpackie wzory, takie jak z kufrów naszych babek. Ale marzenia mają to do siebie, że cicho składają się do szafy, kiedy w domu leży chory człowiek.
Były noce, które pamiętam ciałem.
Trzecia nad ranem. Miska ciepłej wody przy łóżku. Stanisław leży z zamkniętymi oczami, a jego palce zaciskają się na brzegu Pisma Świętego. Zmieniam mu koszulę. On odwraca twarz do ściany.
— Wstyd mi, Halinko — szepcze.
— Nie trzeba, tato — odpowiadam, choć wtedy jeszcze bałam się nazywać go tak głośno.
Długo milczy.
A potem mówi ledwie słyszalnie:
— Bóg widzi to, co człowiek robi w ciszy.
Chciałam wierzyć, że on też widzi.
Pewnego zimnego styczniowego poranka teść umarł. Zrobił jeden długi wdech, drugi już cichszy, a potem izba stała się tak pusta, że nawet zegar na ścianie jakby bał się tykać.
Trzymałam go za rękę.
Na pogrzebie byli wszyscy. Andrzej stał w pierwszym rzędzie, głośno odpowiadał księdzu i tak pięknie płakał, że sąsiadki same zaczęły ocierać oczy. Mirosław opowiadał, jak ojciec uczył go w dzieciństwie kosić trawę, jakby te wspomnienia mogły przykryć 7 lat jego nieobecności.
Ja stałam z tyłu.
W czarnym płaszczu.
Prawie niewidzialna w domu, który przez 7 lat trzymałam na własnychplecach.
Kiedy przyszedł dzień rozmowy u notariusza, w kancelarii pachniało papierem, zimną kawą i cudzymi sprawami. Notariusz rozłożył dokumenty i zaczął czytać równym głosem.
Dom — trzem synom.
Pole za wsią — trzem synom.
Oszczędności — trzem synom.
Wszystko po równo: Andrzejowi, Mirosławowi i Pawłowi.
Czekałam.
Choćby na jedno zdanie.
Choćby na jedno słowo.
Ale notariusz zamknął teczkę i powiedział sucho:
— Synowa, pani Halina Krawczyk, nie została wskazana w żadnym rozporządzeniu.
Poczułam, jakby ktoś wysunął spode mnie krzesło.
Nie chodziło tylko o pieniądze.
Chodziło o to, że 7 lat mojego życia ktoś starł mokrą ścierką ze stołu.