Przez 7 lat myłam, karmiłam i przewracałam w łóżku mojego teścia, przy którego poduszce zawsze leżało stare Pismo Święte. A kiedy umarł, notariusz powiedział sucho, że nie zostawił mi nic. Dopiero miesiąc po pogrzebie znalazłam pod jego materacem kopertę, po której cała rodzina zamilkła.

Ale na końcu zrobił coś, na co wielu „dobrych” ludzi nie miałoby odwagi.

Nie oddał mi resztek.

Oddał mi sprawiedliwość.

Pewnego wieczoru, już po zamknięciu, zostałam w pracowni sama. Za oknem osiadał ciepły czerwcowy zmierzch. W sadzie pachniała mięta. Gdzieś daleko szczekał pies.

Otworzyłam jego Pismo Święte.

Kartki cicho zaszeleściły.

Znowu otworzyło się tam, gdzie było podkreślone:

„Wiara bez uczynków jest martwa”.

Położyłam palce na tym zdaniu.

I nagle powiedziałam na głos:

— Gniewałam się na pana, tato.

Słowo „tato” wyrwało się samo.

Nie planowałam go.

Nie przygotowałam.

Po prostu od dawna mieszkało gdzieś we mnie i czekało, aż przestanę się bać.

— Gniewałam się — powtórzyłam. — Bo myślałam, że pan mnie nie widział.

W pracowni było cicho.

— A pan widział. Tylko milczał, jak zawsze.

Uśmiechnęłam się przez łzy.

— No cóż. Ja też teraz więcej robię, niż mówię.

Następnej niedzieli Paweł przywiózł do pracowni stary kredens z pokoju ojca. Ten sam, o który kiedyś kłócili się jego bracia.

— Wziąłeś go? — zdziwiłam się.

— Nie chcieli. Powiedzieli, że to stary grat.

Postawiliśmy kredens przy ścianie. Wytarłam kurz, otworzyłam szuflady. W jednej znalazłam stare okulary Stanisława. W drugiej mały modlitewnik.

A na samym dnie leżało zdjęcie.

Stałam na nim przy jego łóżku z kubkiem w ręce. Nie wiedziałam, że ktoś wtedy zrobił fotografię. Może Paweł przypadkiem. Stanisław leżał na poduszkach i patrzył nie w obiektyw, tylko na mnie.

Nie surowo.

Nie zimno.

Tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie umiał.

Usiadłam na krześle.

Paweł stanął obok.

— Zostawimy? — zapytał.

Skinęłam głową.

Postawiliśmy zdjęcie przy Piśmie Świętym.

Nie jak świętość.

Jak pamięć o trudnej miłości, która nie zawsze umie mówić na czas, ale czasem jednak znajduje sposób, by powiedzieć najważniejsze.

Minęły 2 lata.

„U Córki” stało się niewielkim, ale żywym miejscem. Przyjeżdżano do mnie z Rzeszowa, Przemyśla, Tarnowa, a nawet z Warszawy. Ktoś kupował serwetę na ślub. Ktoś zamawiał koszulę. Ktoś siadał po prostu przy stole i mówił:

— Mogę chwilę posiedzieć? U pani tu spokojnie.

I zawsze odpowiadałam: