Ale na końcu zrobił coś, na co wielu „dobrych” ludzi nie miałoby odwagi.
Nie oddał mi resztek.
Oddał mi sprawiedliwość.
Pewnego wieczoru, już po zamknięciu, zostałam w pracowni sama. Za oknem osiadał ciepły czerwcowy zmierzch. W sadzie pachniała mięta. Gdzieś daleko szczekał pies.
Otworzyłam jego Pismo Święte.
Kartki cicho zaszeleściły.
Znowu otworzyło się tam, gdzie było podkreślone:
„Wiara bez uczynków jest martwa”.
Położyłam palce na tym zdaniu.
I nagle powiedziałam na głos:
— Gniewałam się na pana, tato.
Słowo „tato” wyrwało się samo.
Nie planowałam go.
Nie przygotowałam.
Po prostu od dawna mieszkało gdzieś we mnie i czekało, aż przestanę się bać.
— Gniewałam się — powtórzyłam. — Bo myślałam, że pan mnie nie widział.
W pracowni było cicho.
— A pan widział. Tylko milczał, jak zawsze.
Uśmiechnęłam się przez łzy.
— No cóż. Ja też teraz więcej robię, niż mówię.
Następnej niedzieli Paweł przywiózł do pracowni stary kredens z pokoju ojca. Ten sam, o który kiedyś kłócili się jego bracia.
— Wziąłeś go? — zdziwiłam się.
— Nie chcieli. Powiedzieli, że to stary grat.
Postawiliśmy kredens przy ścianie. Wytarłam kurz, otworzyłam szuflady. W jednej znalazłam stare okulary Stanisława. W drugiej mały modlitewnik.
A na samym dnie leżało zdjęcie.
Stałam na nim przy jego łóżku z kubkiem w ręce. Nie wiedziałam, że ktoś wtedy zrobił fotografię. Może Paweł przypadkiem. Stanisław leżał na poduszkach i patrzył nie w obiektyw, tylko na mnie.
Nie surowo.
Nie zimno.
Tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie umiał.
Usiadłam na krześle.
Paweł stanął obok.
— Zostawimy? — zapytał.
Skinęłam głową.
Postawiliśmy zdjęcie przy Piśmie Świętym.
Nie jak świętość.
Jak pamięć o trudnej miłości, która nie zawsze umie mówić na czas, ale czasem jednak znajduje sposób, by powiedzieć najważniejsze.
Minęły 2 lata.
„U Córki” stało się niewielkim, ale żywym miejscem. Przyjeżdżano do mnie z Rzeszowa, Przemyśla, Tarnowa, a nawet z Warszawy. Ktoś kupował serwetę na ślub. Ktoś zamawiał koszulę. Ktoś siadał po prostu przy stole i mówił:
— Mogę chwilę posiedzieć? U pani tu spokojnie.
I zawsze odpowiadałam: